wtorek, 1 stycznia 2013

Albo w jedną, albo w drugą.

Pełzająca infekcja, z którą staram się walczyć nie chciała się zdecydować czy zaatakować, czy poddać się bez walki. Od paru dni co wieczór bolała mnie głowa, większość sylwestra przekaszlałem, a dzisiaj rano z łóżka wstałem z koszmarnymi zakwasami w udach, temperaturą na poziomie 37,1C i ciągiem dalszym kaszlu. A tu dzisiaj zaplanowane 6 km, w tym dziesięć dwustumetrowych przebieżek. Co tu zrobić? Piękna wiosenna pogoda, słońce świeci, wiatru w zasadzie nie ma...

"Kolarska" teoria, mówi że jeśli objawy przeziębienia występują powyżej obojczyków, to nie mamy do czynienia z chorobą, a objawy trzeba wyjeździć. Uznałem, że jeśli się nie wychłodzę (przy pięciu stopniach powyżej zera to żaden problem), może uda się chorobę wybiegać. 

Otóż nie, nie udało się. Po gorącej kąpieli dowiedziałem się, że mam gorączkę (no dobra, 37.8C gorączką jeszcze nie jest) i powinienem chyba się położyć do łóżka. W łóżku więc leżę, uzupełniam płyny i liczę na szybką rekonwalescencję...

PS. A w tej chwili, czuję się mniej więcej tak: