wtorek, 8 stycznia 2013

Ozdrowieńczy indo(o)r.

W nowy rok padłem. Gorączka do 38 stopni, chrypy mógł mi zazdrościć Himilsbach, a kaszlu niejeden gruźlik. Tydzień później, gorączki już nie ma, głowa nie boli, a regularne płukanie zatok i gardła zaczyna przynosić efekty - kaszel znika, a megasexowny niski pomruk powoli ustępuje. I dobrze, bo lubię mój głos.

Przy okazji pojawił się nowy odcinek planu treningowego pod hasłem półmaraton. Na dziś - 10 km narastającym tempem, jutro luźne 6 km, a w czwartek piramidki (tudzień WT - czekam jeszcze na konkretny opis tego ćwiczenia). Tylko jak tu biegać gdy kaszel męczy, a na zewnątrz (niedużo, ale zawsze) na minusie? Bieżnia na siłowni. 

I zanim mnie wyśmiejecie, zmieszacie z błotem i wystawicie na publiczny ostracyzm, przyjmijcie do wiadomości, że to był koszmar. Nie dość że nuda, to na telewizorach włączone 4fun.tv (dzięki bogu bez dźwięku, bo dowiedziałem się na której stacji można zobaczyć szlagiery zespołu Weekend). A żebyu było jeszcze zabawniej, to bieżnia była ustawiona w milach na godzinę. 

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że forma poszła w cholerę. Na bieżni biega się lżej, szybciej, łątwiej. A dzisiaj? Tempo 6:00 min/km było wyzwaniem, a poniżej 5:30 wytrzymałem chyba kilometr. Nie chcę nawet zgadywać ile wody z siebie dzisiaj wypociłem, ale przeczuwam że było warto.

I tak będzie jutro i pojutrze - niech mi tylko przejdzie kaszel do niedzieli. Bo w niedzielę - bieg WOŚP.