wtorek, 13 sierpnia 2013

Herbalife Triathlon Gdynia: czyli jak wykuwało się żelazo

Połówka Iron-Mana, nawet jeśli nie jest oficjalnym, licencjonowanym etapem mistrzostw świata, to nie w kij dmuchał. 1.9 km pływania, po czym 90 km roweru, po czym półmaraton (czyli jakby nie patrzeć 21,1 km) to - jak dzisiaj o tym myślę - jakaś masakra.

Dystanse idiotycznie długie, zmuszające człowieka do irracjonalnie długiego wysiłku. Zawody w Gdyni ukończyłem, z - umówmy się - przyzwoitym czasem 5:56:12.

Dlaczego przyzwoity? Może po kolei...



Pływanie: 38:54
Tak, nastawiałem się na 35 minut. Tak, próbowałem płynąć w tempie na 35 minut. Nie, nie udało się. Korek na wejściu do wody (ja nie wiem co oni tyle czasu robili), nienajszczęśliwszy wybór grupki w której płynąłem (nadłożyliśmy pewnie z 200 metrów) i chyba dłuższy dystans samego pływania chyba trochę to tłumaczą. Fajne było to, że słona woda (a poza sobotnim porannym treningiem to było moje pierwsze pływanie w jakimkolwiek słonym akwenie - wakacyjne plażowe pluskanie się nie liczy) nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia. Nie było mi niedobrze, nie chciało się rzygać (dość popularna przypadłość z tego co kojarzę) i w gruncie rzeczy pływanie było bardzo fajne. Tak przejrzystej wody to ja nie pamiętam. Inna sprawa, że takiej ilości meduz też nie...

T1: 4:40
Daleko. Łącznie zmierzyłem 730 metrów dobiegu i wybiegu ze strefy zmian.

Rower: 2:52:12
To i tak niezły wynik. Przy totalnej nonszalancji, którą okazuję w tym roku zarówno w temacie treningów kolarskich jak i chęci do utrzymywania sprzętu w dobrej kondycji uzyskanie średniej 31,5 km/h na 90 kilometrach trzeba zaliczyć do kategorii sukces. Tym bardziej, że wiało. Wiało jak cholera. Wiało w twarz non stop przez pierwszą połowę każdej pętli. Niby powinno to znaczyć, że pętle powrotne będą szły jak z płatka. Że sobie na nich odpocznę. A gdzie tam. Miejscami faktycznie można było puścić korby, a rower leciał własnym pędem 40 km/h, ale chwilę potem zaczynał się podjazd na wiadukt czy inną estakadę. I tak w kółko. Co gorsza, z każdą rundą wiało coraz bardziej, a ja z każdym kolejnym kilometrem, czułem jak bardzo zaczynają palić mnie uda. Końcówkę odpuściłem, licząc że nogi odpoczną przed dalszą częścią zabawy.

fot: tri-fun.pl
T2: 5:02
Jeśli po wyjęciu stopy z buta masz kompletnie zdrętwiały spód prawej stopy, to wiedz że może być gorzej. Przez T2 nie biegłem, tylko kuśtykałem. Każdy krok sprawiał ból i wiedziałem, że trzeba dać stopie się rozruszać (ale w bucie) i będzie dobrze. Byle dokuśtykać te 300 metrów...

Bieg: 2:15:24
Dramat w czterech aktach. Tragikomedia z piekącymi udami, niedocukrzeniem i... cholera sam nie wiem czym. Zaczęło się źle - od zdrętwiałej stopy. Potem było jeszcze gorzej - żelki, które pamiętałem że były w czapce podczas pakowania się na start zniknęły. Nie wiem kiedy. Nie wiem czy wypadły, czy zostawiłem je w hotelu, czy może po prostu ktoś mi je zawinął z kosza w strefie. Z resztą w tej chwili nie ma już sensu analizować.
Akt 1.: odrodzenie. Pierwszą rundę zacząłem z bólem, aczkolwiek wiedziałem, że jeśli uda mi się rozpędzić i ukończyć bieganie w dwie godziny, całą sprawę załatwie w 5h 40min. Czyli kuuupa zapasu czasu. Początek spokojnie - 5:41. Drugi kilometr - 7:51 (dobra, przyznaje się, TOITOIa zobaczyłem i mój pęcherz powiedział że musi, a poza tym ścigam się ze sobą i mam kuuupe zapasu czasu, co nie?). Trzeci - 5:19 i liczyłem że uda się to utrzymać już do końca.
Akt 2.: przyspieszenie. Chciałbym, żeby do końca utrzymać takie tempo. Oprócz podbiegu cały czas pomiędzy 5:04 i 5:38. Na podbiegu 5:40. Bajka. Tyle, że przychodzi kilometr numer dziesięć.
Akt 3.: kryzys. Klasyk mawia, że bomba nie wybiera. Tym razem trafiło na mnie. Żelkę miałem jedną, wpiętą w pasek, te które miały iść do kieszeni na bieg gdzieś zginęły. Niby miałem dwa batoniki w kieszeni, ale bałem się je jeść, żeby nie przekręcić i tak już zmęczonego żołądka na lewą stronę. Bałem się podżerać batoników na bufatech. Tym bardziej, że jeden łyknięty banan sprawił już lekki ból brzucha. i konieczność zapijania wodą na następnym punkcie odświeżania. Cała trzecia i pół czwartej rundy biegania (umówmy się, że to nazwiemy bieg) to walka ze sobą by: nie zejść z trasy, nie usiąść na krawężniku Świętojańskiej z wielkim płaczem i w ogóle poruszać się naprzód. W zasadzie marzyłem o tym, by po zakończeniu tej mordęgi wykąpać się w morzu. Chyba tylko to trzymało mnie na trasie.
Na początku czwartej rundy dostałem do ręki potężny łyk vitargo, i kategoryczne polecenie by napierać.
Akt 4.: wiktoria! Wydawało się, że porządne pociągnięcie "V" nic nie da... jednak po kilometrze coś zaczęło powolutku się składać do kupy. Siedemnasty kilometr jeszcze kończyłem marszem. Osiemnasty tak samo... a potem... Najpierw garmin ni stąd ni zowąd pokazał mi 5:50 min/km. Potem 5:30... Dwudziestypierwszy kilometr ukończyłem w tempie 5:23. Gdzie kryzys? O co chodzi? Najwyraźniej zjedzona na jedenastym kilometrze żelka i duuuży łyk vitargo postawiły mnie na nogi. A dlaczego wcześniej tego nie zrobiłem? Bo uznałem, że to koszmarne palenie to nie brak cukru, tylko przepalone nogi, na co nie ma recepty.

Ot cała historia. Zakwasy dzisiaj mam koszmarne, relację pisze dopiero dziś, bo po zawodach jedno na co miałem siłę to sauna, jedzenie i sen (dawno nie przespałem 9,5h, dawno nie usnąłem przed godziną 22:30). Wydawało mi się, że jest źle, że nigdy mnie tak nogi nie bolały jak dzisiaj. Okazuje się, że to nieprawda. Jak raczyła mi moja lepsza połówka przypomnieć, po pierwszym, czterokilometrowym bieganiu w grudniu 2011, nie byłem w stanie usiąść czy wstać bez wrzasku i asysty. Dzisiaj bez większych problemów przywiozłem nas z Gdyni do Warszawy, nie domagałem się śniadania do łóżka ani innych luksusów. Jest dobrze, a zawsze może być lepiej.

PS. Dziękuję serdecznie tym, którzy tak dzielnie kibicowali mi na trasie:

Triathlon Projekt Support Crew, w składzie: moja lepsza połówka, która bardzo sprawnie zarządzała tym małym teamem, mój własny osobisty ojciec, który postanowił spędzić kawałek urlopu właśnie w Gdyni i zobaczyć w co wpakował się jego pierworodny i Małgosia B, która dzielnie podawała bidony na trasie kolarskiej;

Wieśkowi Barowi i Kaśce Marczyńskiej, których doping z każdej rundy zagrzewał do napierania podczas biegu (Wiesiek, prosiłeś bym ładnie opisał, może być tak?)

i tłumom, których nie wymienię, bo ich nie znam. Ale bez waszej obecności impreza nie byłaby tak rewelacyjna. Dzięki!

PS2. Specjalne podziękowania muszę skierować do Łukasza Grassa. Łukasz, nie wiem czy to czytasz, ale to dzięki Tobie i twojej ciężkiej robocie z mikrofonem my - zawodnicy - czuliśmy się fantastycznie. Z tego co wiem kibice i zebrani w okolicach Skweru Kościuszki nie mogli również narzekać na nudę. Dzięki w imieniu swoim i ich.

PS3. To zdecydowanie nie jest moje ostatnie słowo w temacie HIM... zdecydowanie nie ostatnie...

Triathlon Projekt na Facebooku: