czwartek, 30 maja 2013

Gleba!

Podobno sezon bez gleby jest nieważny. I potwierdza to statystyka. 2009 - OTB w Nałęczowie. 2010 - ni cholery nie pamiętam, ale drobnych gleb było sporo. 2011 - w Zabierzowie zwiedzałem krzaki. 2012 - po OTB w Krakowie przez pół roku nie mogłem spać na lewym boku. 2013? Norma najwyraźniej wyrobiona.

UWAGA: osoby szczególnie wrażliwe językowo mogą poczuć się urażone słownictwem w dalszej (w szczególności ostatniej) części notki. Ostrzegłem, dalej czytacie na własną odpowiedzialność.

Miało być pięknie. Rano 2 km na basenie (zaliczone, 800m w lapach jednak męczy), popołudniu 30 km na rowerze (bez gumy! a to w świetle ostatnich wyjazdów już jest osiągnięciem), na dobicie miało być 8 km spokojnego biegu. Mam taką rozgrzewkową trasę po Wilanowie. Kręcę się na niej jak gówno w przeręblu, ale strasznie ją lubię. Wydawało mi się że znam ją na pamięć, że mógłbym ją biec z zamkniętymi oczami. Wydawało się... bo dzisiaj trafiłem w dziurę w kostce chodnikowej (serdeczne pozdrowienia dla zarządcy tego kawałka, czyli... no właśnie nikogo). Stopa zawinęła się do środka, ja po raz kolejny przekonałem się, że upadać to umiem jak mało kto (kostki nie złamałem, nie skręciłem, straty ograniczyłem do stłuczonego kolana).

Ale w zasadzie nie to jest clue całej notki. Żyję, mam się nieźle, a bandaż skrywa schładzacz, który po nawet lekkim urazie może tylko pomóc (pogłębia też efekt dramatyczny zdjęcia). Ba, po upadku zacząłem iść do domu, po chwili truchtać, a w końcu biec i tak zamiast wracać 1,5 km przebiegłem jeszcze koło 5. Zaskoczyła mnie kompletnie reakcja na mój upadek pewnej przedstawicielki płci pięknej (nazwijmy ją dla porządku głupią pizdą - dlaczego? o tym zaraz).

Do tej pory żyłem w głupim przeświadczeniu, że jeśli ktoś na naszych oczach upada, przewraca się, ma jakikolwiek wypadek i siedzi po nim na asfalcie obmacując poszczególne części ciała i robiąc bilans poniesionych strat, to wypada go zapytać czy nie potrzebuje jakiejś pomocy... w 99 na 100 przypadków pomoc nie jest potrzebna. Potłuczony delikwent żeby wilka nie dostać wstaje, otrzepuje się, wsiada na rower albo idzie biec dalej. W 1 przypadku na 100 może poprosi o wykonanie telefonu, czy inne wezwanie specjalistycznej pomocy.

Ale do rzeczy. Głupia Pizda szła w dwójką dzieci na czterokołowych rowerkach w moją stronę. Byli oddaleni może o 20 metrów ode mnie. Pewnie mniej. Z ich punktu widzenia mój upadek musiał wyglądać komicznie: człowiek w obcisłym kombinezonie, w trakcie biegu nagle składa się na chodniku, robi piruet i upada tyłkiem na kostkę. O dziwo nawet żadnego bluzga (chyba) z siebie nie wydobywa. I teraz dochodzimy do kluczowej kwestii. Jaka była reakcja tej gromady na moje nagłe zejście do parteru? Głupia Pizda: reakcji brak. Zostałem potraktowany jak powietrze. Lepsze, że przy okazji o mało co nie zostałem rozjechany przez jej synka rowerem, który najwyraźniej miał do mnie straszne pretensje, że siedzę sobie na jego drodze. Skąd to wiem? Bo jak mnie cała ta banda mijała, jeden z synków zatrzymał się za moimi plecami i przez dłuższą chwilę zastanawiał się jak ma mnie ominąć.

No żesz kurwa. Bo ja sobie dla własnej przyjemności i wygody na tej kostce siedziałem.
KURTYNA.

Triathlon Projekt na Facebooku: