środa, 19 czerwca 2013

Zalew Cup: czyli wielka pralka.

85 km dojazdu w jedną stronę, 50 zawodników, 4 dystanse (i sztafeta!), kilka minut przerwy pomiędzy startami, łącznie blisko 2 km pływania. Tak w liczbach wyglądał pierwszy etap trzeciej edycji Zalew Cup - zawodów w pływaniu w otwartym akwenie, organizowanych przez stowarzyszenie Leniwce.

Działo się, oj działo. W niedzielne popołudnie nad siedlecki zalew ściągnęła mocna ekipa, która tylko marzyła o tym, by spuścić bęcki Leniwcom. Na rowerach przyjechali! Oprócz bandy hardkorowych koksów z Trinergy (to ci na rowerach), pojawiliśmy się my, kompletni amatorzy i ignoranci pływania. Na bakier z techniką, niewpływani, po raz pierwszy w tym sezonie ostrzący zęby na pływanie w otwartym akwenie. Aha i z piankami. Zeszłorocznymi. Dobieranymi pod zeszłoroczne gabaryty. W moim przypadku oznaczało to ryzyko że pod pianką będę miał rzekę (tak, udało mi się, schudłem - hurra - na szczęście nie na tyle, by wymieniać piankę na rozmiar mniejszy). Wśród dziewczyn - oczywiście - słychać było głosy, że utyły, że się nie zmieszczą, że przecież nie dadzą rady... ta, jasne. Dały radę jak wszyscy.  A zabawa była przednia.

100m - najpierw mali, później duzi

Na pierwszy ogień poszły dzieciaki do 16 lat. Piątka ich była. Poszły ogniem. Pierwszy na mecie po minucie z haczykiem, ostatni po blisko trzech. Zgadnijcie kto miał najpiekniejszy doping na mecie? Tak, ten ostatni. Bo tak to chyba wygląda na Zalew Cup - jak już wyjdziesz z wody, to dopingujesz tych, którzy jeszcze płyną.

Po młodzieży przyszedł czas na dorosłych. I zaczęło się. 42 osoby na starcie, część skacze z pomostu część rusza z wody. Do pierwszej boi pralka. Czemu oni płyną TAK WOLNO? Chcę wyprzedzać, ale nie mam gdzie, nie mam jak. Jest bojka, skręcamy. Ludzie, po cholerę się pchacie na początek jak nie umiecie płynąć w tempie? Pralki ciąg dalszy. Bojka numer dwa. Rozciągnięcia nie ma. Do mety idziemy wielką lagą. Ostatecznie na mecie melduje się z czasem 1:50, na miejscu 25 z 33 (open mężczyzn). Zły jestem, bo na rozpływaniu 130 metrów zrobiłem w 1:35. Powtarzałem sobie, że sprinterem nie jestem, korek był koszmarny, a stawka nie zdążyła się rozciągnąć. I może, zamiast nauki nawrotów, powinienem nauczyć się skakać ze słupka. Umiejętność najwyraźniej o niebo bardziej przydatna...

200m - czyli pralka razy dwa

Drugi dystans to w zasadzie powtórka historii ze 100 metrów. Pętla ta sama, tyle że płynęliśmy ją dwukrotnie. Z wyjściem na plażę i wbiegnięciem do wody.
- Nooo bo tak fajniej będzie. Bujnięcie, puls wam fajnie skoczy, równowagę stracicie. Zabawa będzie - mówi mi jeden z orgów. Świetnie, chcą więcej zdjęć zrobić - myślę. 

Znowu - wpierw dzieciaki, później my. Chłopaków startuje trzech, dorosłych w drugiej serii trzydziestu jeden (płci obojga). Początek - tak samo jak w poprzedniej serii. Na pierwszej pętli ciasno (czemu nigdy nie nauczyłem się skakać na główkę???) potem jeszcze ciaśniej, a w końcu korek. Druga seria trochę luźniej, ale wciąż się z kimś zderzam. Niski poziom mojej nawigacji został najwyraźniej wyrównany przez innego zawodnika. Efekt? 4:11 (faktyczny dystans to jakieś 230 metrów), miejsce 16 na 26 i pierwsze trzy punkty do klasyfikacji.

400m - rozciągnięcie

Czy ja już mówiłem, że nie lubię startować z wody w środku stawki i że powinienem nauczyć się skakać ze słupka albo innego pomostu? Pętla tym razem była dwukrotnie dłuższa, również powtórzona dwukrotnie. To dawało nam łączny dystans ok 430 metrów do przepłynięcia. Start i dystans do pierwszej boi to kolejna rzeźnia. Pralka jakich mało. Później, w miarę jak stawka się rozciągała powolutku łapałem odpowiednie tempo, ale nie obyło się bez "dziwnych" wydarzeń. Jak dopływałem do trzeciej bojki, poczułem na plecach oddech innego zawodnika. Oddech? Nie... po prostu zaczął łaskotać mnie po stopach. Korzystając z rad doświadczonych zawodników sprzed startu przeszedłem w żabkę, bo to podobno skutecznie odstrasza zawodników z tyłu. 2-3 kopnięcia powinny załatwić sprawę. Nie załatwiły. To znaczy załatwiły. Drogi kolega z tyłu zamiast odsunąć się zacisnął pięści. Tak, to bolało...
Wynik? Widać poprawę. Czas 7:31, pozycja 11 na 19. 

1000m - to ja już? 

Największym wyzwaniem przy tym dystansie jest arytmetyka. Pralka na starcie to już standard, przyzwyczaiłem się. Tłum przed pierwszą boją - OK, będzie czas żeby nadrobić i wyprzedzić. Rund będzie pięć, więc czterokrotnie będę wychodził na plażę i zawracał do wody. Runda pierwsza - rozciągnięcie. Runda druga - dostrzegam szansę na wygranie wyścigu z drugą zawodniczką tych zawodów. Doganiam ją na finiszu, wybiegam z wody przed nią, wbiegamy do wody razem, siup do wody, zachłystuję się wodą, tracę rytm, odpoczywam i Ewa odpływa gdzieś w siną dal. Cholera, trzeba było spokojniej... Trzeci nawrót - wybiegam z wody i pytam Kaśki (która sobie akurat ten dystans odpuściła) czy jeszcze dwie do końca? Co słyszę? To nie jest trzecia runda! To jest czwarta, mam iść ogniem i finiszować... Tyle że siły gdzieś się zgubiły, pianka obtarła na karku (a ja dureń nie kupiłem jeszcze żadnego odpowiedniego smarowidła), a niebieski czepek Ewy, z którą dopiero co wbiegaliśmy równo do wody majaczy gdzieś przy pierwszej boi. No ale dobra, trza skończyć to co się zaczęło. Tylko gdzie umknęła mi ta jedna runda?
Wynik: lepiej niż obstawiałem - 20:20 (dystans 1120 m + cztery wyjścia na plażę), miejsce 10 na 30. 

Sztafeta

Po męczącym jak cholera kilometrze zdjąłem piankę, usiadłem na brzegu i oświadczyłem że nigdzie dalej się nie ruszam, nie ma w ogóle takiej opcji. Po czym, wraz z moją lepszą połówką, Gosią i Iwoną złożyliśmy szybką sztafetę 4x100m. Po długich dyskusjach, ktoś rzucił że nazwiemy się "Arek i jego dziewczyny" (yikes!), ustaliliśmy kolejność i ruszyliśmy na start. Wynik nie ma tu absolutnie żadnego znaczenia, najważniejsze, że zabawa była przednia. A najważniejszy jest fakt, że byłem członkiem absolutnie najładniejszej sztafety w stawce :).

Bo wyglądaliśmy tak:



Fot: Darek Sikorski (więcej tu)

Triathlon Projekt na Facebooku: