wtorek, 2 lipca 2013

Mrągowo: krew, pot i łzy. Relacja.

Jak u Hitchcocka: zaczęło się od kłótni o żywienie podczas zawodów, a potem napięcie rosło. Prognoza pogody fatalna: deszcz od 11:00 (zawodnicy dystansu 1/4IM mieli startować o 10:45), potem jeszcze więcej deszczu i odczuwalna temperatura na poziomie 15 stopni. Brzmi źle? To dodajmy jeszcze spory kawałek po kostce brukowej (w lejącym deszczu) i ostatni punkt krytyczny: debiut organizacyjny Grześka Golonki na polu tri. Źle się to zapowiadało, oj źle...

W Mrągowie pojawiliśmy się w sobotę popołudniu z planem udziału w oficjalnym objeździe trasy rowerowej, zorganizowanym przez Bike Academy Triathlon Team. W popołudniowym słońcu, objechaliśmy rundkę. Nastawiony przez Krasusa (jest źle, fatalnie i w ogóle do dupy) bałem się, że faktycznie będzie rzeźnia. Prowadzący objazd Marcin "Wania" Waniewski również nie wykazywał nadmiernego entuzjazmu, tymczasem trasa okazała się sympatyczna, lekko pagórkowata i z niewielkimi (pamiętam duuużo gorsze asfalty) fragmentami nierówności na poboczu. Faktycznie problematyczny był odcinek bruku w mieście. Pół kilometra na początku pętli i tyle samo na końcu. Poza tym, podobało mi się. Serio, może jestem dziwny, ale trasa mi się podobała. Obawiałem się trochę deszczu, ale liczyłem, że może i tym razem prognoza się nie sprawdzi. 

Rano śniadanie - tradycyjnie jajecznica, później ustawienie rowerów i rzeczy w strefie zmian i już pozostało nam tylko dopingować z balkonu startujących na najdłuższym dystansie (startowali o 9:45). Potem już tylko ubrać pianki, rozpływać i wystartować. No właśnie... Na starcie widzę człowieka, który jako żywo przypominał Ols'a - jedynego z Irony Men'ów, który nie ukończył pierwszego etapu triathlonu w Sierakowie. Obawiając się, że wszyscy znajomi (i nieznajomi) na starcie (ot taki chociażby Krasus, czy Adam Przeździęk) wklepią mi solidnie, tak przynajmniej na cel mogę sobie wziąć jednego celebrytę.

Swim: 00:16:26 (p. 70/190)

Start z wody. Z "wirtualnej linii" pomiędzy pomostem i czerwoną boją... No właśnie. Jak zaczęliśmy się ustawiać, okazało się że bojki poszły w diabły. Organizatorzy wyciągnęli nas z wody, obiecali że za 15 minut wszystko wróci do normy i popłynęli przywieźć uciekinierki z powrotem na ich miejsce. 
Po ok. pół godzinie wchodzimy z powrotem, w końcu ruszmy... i się zaczęło. Najpierw pralka (o dziwo bezbolesna), potem pierwsza bojka. Do pierwszej bojki nawigujemy na domek na górce, potem na amfiteatr, a później na czerwony dach i łódki. Tak to ja rozumiem! Od drugiej bojki zaczyna lać. Cholera, właśnie tego się obawiałem. Bałem się tego, że w padającym deszczu łapanie oddechu będzie problematyczne, że pogubię rytm, że coś spieprzę... a tu nic. Trochę przyjemnego chłodu na dłoni i tym kawałku przedramienia, który wystawał z pianki. 

T1: 00:01:39 
W strefie zmian pianka schodzi elegancko (spryskałem się tri-slidem wcześniej, może to dlatego?), ale po deszczu wszystko jest mokre. Na zimne warunki przygotowałem sobie koszulkę, ale rzecz jasna zdążyła dokumentnie zamoknąć. Rezygnuję z niej (co okazało się decyzją nie tyle trafną, co neutralną - o decyzji fatalnej w skutkach później), zakładam kask, okulary i w drogę. Wcześniej, szykując rower zaczepiłem buty do pedałów, może nie tyle z planem malowniczego wskakiwania na rower i wpinania się w biegu, ale szybkiego "wzucia" butów w czasie wsiadania na rower. Na przyszłość: to jest bardzo fajna koncepcja, o ile się ją solidnie wcześniej przetrenuje. Noga prawa wchodzi za drugim razem, noga lewa po trzech obrotach korby. Cholera, ratują mnie tylko długie i cholernie elastyczne gumki. 

Bike: 01:24:42 (poz. 57/190)
Patataj, patataj, patataj. I tak przez pierwsze i ostatnie pół kilometra każdej pętli. Chyba na pobudkę po nudnej trasie. Za kostką zaczyna się jazda. Wiem, że z tyłu został Krasus (Zuzanna jakoś tak tęsknie patrzyła za innymi wyprowadzanymi towarzyszami niedoli). Pytanie jak daleko i gdzie zaginął? Nie wiem. Nie pozostaje nic innego jak cisnąć. Mam wrażenie, że bardziej wyprzedzam niż jestem wyprzedzany, a przez całą trasę tasuję się z 2-3 zawodnikami. Niby miało być to ścigane przez sędziów, ale do cholery jasnej, skoro mnie wyprzedzacie do przynajmniej jedźcie szybciej. Pisałem już że pada? A skoro pada, to mam zalane okulary. A skoro mam zalane okulary, to gówno widzę... Taki żywot krótkowidza... W okularach źle, bez okularów jeszcze gorzej. 
Kolejne 12 km jest lepiej, asfalt trochę przesycha, jedziemy z wiatrem, przyspieszamy. Jest dobrze, ale będzie lepiej. Wracamy do Mrągowa, przejazd pod mostem, człowiek przede mną źle mierzy zakręt, wpada w poślizg i wywija niezwykle efektownego Wigginsa kończąc na barierze energochłonnej. Dojeżdżam do kostki (auauauauauauauauauauaua) rynku (WOLNIEJ, BO TU WSZYSCY LEŻĄ!!!!) i wtedy słyszę za sobą szum i łomot. Odwracam się: leży trzech. Czas na drugą rundę. W zasadzie powtórka z rozrywki. Tasujemy się w tym samym towarzystwie, na drugiej rundzie znowu ktoś rozbija się na barierce pod mostem, na kostce znowu ktoś leży. Zmachany brukiem prezentuję kibicom minę karpia wyciągniętego z wanny i zjeżdżam na zmianę. Po fakcie, okazuje się że w konkursie na głupią minę na mecie roweru wygrał  Krasus! Niestety, na tym etapie też wygrał i to o bite 2 minuty. Cholera, gdybym go rozpoznał, na nawrotach pewnie przyspieszyłbym. Oczywiście że bym przyspieszył. No przecież, że tak...

T2: 00:02:00
Podczas drugiej zmiany popełniam największy błąd dnia. Zostawiam skarpetki (bo przecież są całe mokre i na cholerę mi one?). Kibice wiwatują, wybiegam na trasę. Jest ok, nogi lekkie, oddech spokojny, puls w normie. Jedziemy. 

Run: 00:52:58 (poz. 103/190)
Wydaje mi się, że cały czas utrzymuję równe tempo na poziomie 4:45 min/km. Ponieważ jest to tempo w pełni satysfakcjonujące moje ego, staram się je utrzymać do końca. 2,5 km i pierwszy bufet - OK, mamy problem. Wbiegamy do lasu, a ja nie mam skarpetek. A to oznacza problem, bo Noosy przez swoją siateczkę zapraszają do wnętrza buta każdą ilość piachu, kamyczków i innego syfu. Dopóki biegnę w skarpetkach, nie ma problemu. Dopóki. Do piątego kilometra jest OK, ale zaczynają palić uda i rozwiązuje prawy but. Szybko zawiązuję i lecę dalej.  Gdzieś po drodze wyprzedza mnie Krasus. Cóż, spodziewałem się tego... Na najbliższym bufecie wciągam drugi IsoGel, popijam łykiem wody, lecę dalej. Na szóstym kilometrze, czuję powolutku że każdy krok robię automatycznie, powoli odcina mi myślenie. Na siódmym kilometrze zaczyna boleć pięta. Okazuje się, że najwyraźniej za mocno ścisnąłem sznurówki i na krótkim odcinku wyhodowałem pięknego pęcherza... który na ósmym pęka z wielkim hukiem. Od tego momentu zaczyna się rzeźnia. Wyprzedzam Joannę Jabłczyńską i jej obstawę trenerską, walczę ze sobą żeby nie przejść w marsz. Jest naprawdę źle, tracę tempo i pozycję. Nie wiem jaką miałem minę, ale być może to mój wygląd sprawił, że nie ma mnie na żadnym - póki co - zdjęciu części biegowej imprezy. Do czasu. 
300 metrów przed metą wyprzedza mnie człowiek, którego podejrzewałem o bycie Irony Manem. Wiecie co? Ja nie wiedziałem, że można z siebie wykrzesać jeszcze tyle energii, żeby przyspieszyć AŻ TAK i zafiniszować tak jak mi się to udało. 

Tyle, że później się okazało, że żadnego Irony Mena na starcie nie bylo. Ols najwyraźniej ma sobowtóra, być może hodowanego specjalnie na Poznański triathlon. A być może to wszystko to była jakaś halucynacja, niedożywienie i pijane wizje przed pierwszym triathlonem w tym roku? I pierwszym deszczowym? Cholera wie. Ja tam swój plan zrealizowałem. Przynajmniej w jednej, w gruncie rzeczy najważniejszej części: wygrałem ze sobą i zmieściłem się w czasie dwóch godzin i trzech kwadransów. 

Moje stopy mnie nienawidzą. Moje nogi mnie nienawidzą. Ale po raz kolejny mam uczucie, że poszedłem w trupa. Zakrwawiłem buty, ostatnie kilometry biegłem ze łzami w oczach, bo tak mnie paliły stopy. Ale radość z ukończenia, wygranej ze sobą i chyba najładniejszy do tej pory medal rekompensują ten ból.

Triathlon Projekt na Facebooku: